„Zabieraj ten złom, nie masz tu nic!” – wrzasnął mój mąż Marcin i jednym pchnięciem przewrócił regał z moimi formami do szkła. Ceramika roztrzaskała się o betonową posadzkę garażu, a palniki, które spłacałam przez dwa lata, poleciały na mokry podjazd.
Jestem Kasia. Od pięciu lat w tym garażu pod Warszawą dmucham szkło. Sama spłacałam piec, sama jeździłam na targi i sama zdobywałam zlecenia, a Marcin przy znajomych śmiał się, że „bawię się w artystkę”. W sobotę rano przyszło pismo z urzędu miasta: to moja pracownia wykona witraże do nowego domu kultury. Godzinę później Marcin przyprowadził swojego brata Piotra i oznajmił, że od poniedziałku garaż będzie magazynem jego firmy. Podsunął mi kartkę, na której miałam zrzec się miejsca. Nie płakałam. Wyjęłam z kieszeni fartucha dwie kartki, położyłam je na stole obok rozbitych form i powiedziałam: „Podpisz wypowiedzenie. Kontrakt jest tylko mój.”
Piotr wziął do ręki drugą kartkę, przeczytał pierwszą stronę i zbladł. Spojrzał na brata i krzyknął:
– Marcin, co ty żeś narobił?!
Marcin wyrwał mu kartkę z ręki, ale Piotr nawet nie próbował jej odzyskać. Stał nad stłuczonym szkłem i patrzył na brata tak, jakby widział go pierwszy raz. Ja zbierałam z posadzki odłamki form, kawałek po kawałku, i układałam je na stole. Każdą z tych form robiłam ręcznie przez całe tygodnie.
Muszę opowiedzieć, skąd wziął się ten garaż. Dom, w którym mieszkamy, odziedziczyłam po ojcu na długo przed ślubem. Tata był ślusarzem i to on postawił ten garaż z pustaków, własnymi rękami, w latach osiemdziesiątych. Kiedy zachorował, obiecałam mu, że w jego warsztacie nadal będzie się coś tworzyć, a nie tylko stać samochód. Marcin wprowadził się do mnie po ślubie i od pierwszego dnia mówił o domu „mój”, a ja nie poprawiałam go, bo nie chciałam kłótni.
Przez pięć lat pracowałam po nocach. W dzień byłam księgową w spółdzielni, wieczorami siedziałam przy piecu. Zarobione pieniądze szły na raty, na gaz, na szkło z Krosna. Marcin kupował sobie nowe telefony i rower za dziewięć tysięcy. Kiedy pierwszy raz dostałam zlecenie od kościoła na dwa okna, powiedział, że ksiądz pewnie się nade mną zlitował. Kiedy wygrałam przetarg miejski, nie powiedział nic, tylko zaczął dużo rozmawiać przez telefon z bratem.
Pierwsza kartka, którą położyłam na stole, była wypowiedzeniem umowy, o której Marcin myślał, że nic nie wiem. Miesiąc wcześniej, bez pytania mnie o zdanie, podpisał z firmą Piotra umowę najmu mojego garażu na trzy lata i wziął od brata dwadzieścia tysięcy złotych zaliczki. Podpisał się jako właściciel. Znalazłam tę umowę w schowku jego samochodu, kiedy szukałam kabla do akumulatora.
Druga kartka była umową z miastem. Na pierwszej stronie stało czarno na białym, że zlecenie jest przypisane do mojej działalności i do pracowni pod tym adresem, zgłoszonej w urzędzie razem z piecem i jego numerem seryjnym. Gdyby pracownia zniknęła, miasto zerwałoby umowę, a ja musiałabym zapłacić karę. I właśnie dlatego Piotr zbladł. Zrozumiał, że brat wynajął mu coś, co do niego nie należy, i wziął za to pieniądze.
– Ty mi mówiłeś, że to twój garaż! – krzyczał Piotr. – Że ona się zgodziła!
Marcin próbował się tłumaczyć, że dom jest wspólny, bo przecież jesteśmy małżeństwem. Wtedy wyjęłam z teczki akt notarialny po tacie i odpis z księgi wieczystej. Piotr przeczytał nazwisko właścicielki i bez słowa wyszedł na podjazd. Podniósł z kałuży mój palnik, otarł go rękawem i postawił na stole.
Tego samego dnia Piotr zażądał od Marcina zwrotu zaliczki do końca miesiąca. Marcin musiał sprzedać rower i pożyczyć od matki. Wypowiedzenie podpisał przy mnie, przy kuchennym stole, a ręka trzęsła mu się tak, że podpis wyszedł krzywy. Za zniszczone formy i sprzęt zapłacił z własnej pensji, bo powiedziałam, że inaczej sprawa trafi na policję.
Witraże do domu kultury skończyłam w marcu. Na otwarciu stałam z córką pod największym oknem, przez które wpadało czerwone i złote światło. Marcin nie przyszedł. Od tamtej soboty mieszka u matki, a ja w garażu taty znowu dmucham szkło, każdego wieczoru.
A Wy? Czy w Waszej rodzinie też ktoś kiedyś próbował sprzedać coś, co nigdy do niego nie należało?


