Zapach świeżego drewna, wosku pszczelego i starych werniksów zawsze mnie uspokajał. Tego wieczoru w mojej galerii na Kazimierzu, w blasku ciepłych reflektorów i przy cichych dźwiękach jazzu, czułam, że w końcu osiągnęłam to, na co ciężko pracowałam przez lata. Moje ciemne włosy były spięte w schludny kok, zielona jedwabna bluzka delikatnie lśniła, a dramatyczna cisza, która nagle zapadła w sali, sprawiła, że zamarzłam.
Mój wujek Wiesław wszedł na podest, poprawił garnitur i skinął na zgromadzonych gości, po czym jego wzrok padł prosto na mnie.
— Panie i panowie, przepraszam za tę małą przerwę — ogłosił donośnym głosem, który poniósł się po całym wnętrzu. — Zanim przejdziemy do licytacji, musimy ogłosić zmianę warty. Helena od dzisiaj już tu nie pracujesz!
Goście wymienili zszokowane spojrzenia. Wujek podszedł do mojej lady, uśmiechając się z wyższością i wyciągnął rękę w żądającym geście.
— Zdejmuj fartuch, oddawaj klucze i wynoś się stąd natychmiast!
Wiesław wpatrywał się w nagłówek dokumentu, jakby miał nadzieję, że czarny druk nagle zniknie. Jego palce zaczęły drżeć.
— To… to jakieś nieporozumienie. Bank miał mi dać trzy miesiące zwłoki! Przecież rozmawiałem z dyrektorem!
— Dyrektor odszedł na emeryturę pół roku temu — odpowiedziałam lodowatym tonem. — Kiedy zignorowałeś wezwania do zapłaty i przepiłeś oszczędności firmy w kasynie, mój prawnik odkupił dług na zamkniętej licytacji komorniczej. Przejmuję nie tylko markę, ale cały budynek.
Wujek pobladł jak ściana. Marcin, jeden z najbogatszych kolekcjonerów sztuki w mieście, który stał zaledwie krok dalej, uśmiechnął się dyskretnie, zakładając ręce na piersi i przyglądając się całej scenie z fascynacją.


